O. ANTONI NAREL TJ
1909 - 1996

Życiorys o. Antoniego Narela

Siewca Bożego Słowa

o. ANTONI NAREL TJ

17.04.1909 – 06.08.1996

 

                Pochodził z terytorium dzisiejszej Białorusi. Przyszedł na świat w Korabczycach, na południe od Grodna, jako najmłodszy z siedmiorga dzieci. Mieszkańcy wsi mieli poczucie narodowe polskie, chociaż używali na co dzień języka białoruskiego. Ojciec jego był tam jedynym mieszkańcem umiejącym czytać i pisać, dobrze po rosyjsku, słabiej po polsku. Odbył w swoim życiu sześć pieszych pielgrzymek na Jasną Górę oraz dwanaście do Ostrej Bramy. W domu mieli Żywoty Świętych, ks. Piotra Skargi.  Mimo wielkiego przywiązania do Kościoła, i wierności jego nauce, nie było tam szacunku dla życia zakonnego. Gdy Antoni, mając już dwadzieścia jeden lat, aby uchronić się przed wojskiem, za namową kolegi, bo lekturze biografii Jakuba Wujka, Andrzeja Boboli i Jana Beyzyma, zdecydował się na wstąpienie do nowicjatu Misji Wschodniej w Albertynie, rodzina utrzymywała to w tajemnicy, a wuj Jan Paszenko, brat matki, były gwardzista carski, powiedział krótko: „sławne to nie jest, ale z zakonu można uciec.”

                7 listopada 1930 rozpoczął Antoni nowicjat. Mistrzem nowicjatu był wówczas ks. Antoni Dąbrowski, a przełożonym domu – słodki jak miód, mądry, wymagający przede wszystkim od siebie i dający innym przykład zakonności, ks. Włodzimierz Piątkiewicz. Albertyński nowicjat był twardą szkołą życia, która jednak w niedługim czasie swojego istnienia wydała kilku ludzi wielkiego formatu: jezuitów, których Pan Jezus nie musiał się wstydzić. Należeli do nich: Michał Harmatij, Theofil Horaček, Jan Litwiński, Antoni Narel, Josef Olšr, Eugeniusz Reczek, Donat Stawski, Josef Vanĕčka, Antoni Ząbek praz męczennicy hitleryzmu: Julian Czyżewski, Jan Madaliński, Antoni Niemancewicz i Stefan Szakoła.

                Po nowicjacie ks. Narel  przygotowywał się do matury, następnie odbył w Krakowie studia filozoficzne, a w końcu maja 1939 r. przyjechał powtórnie do Albertyna, gdzie został pomocnikiem administratora domu, ks. Waltera Ciszka.

                Gdy po wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie tereny Polski, neounijna placówka w Albertynie uległa likwidacji, udał się w rodzinne strony, i w maju 1940 r. złożył w inspektoracie podanie o pracę nauczyciela. Został kierownikiem szkoły w Sułkowicach, 16 km od Sokółki. Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, przyjechał do Warszawy, gdzie ukończył pierwszy rok teologii, następnie latem 1942 r. do Starej Wsi, aby tam kontynuować studia. Po drugim roku teologii otrzymał święcenia kapłańskie. Ponieważ należał do Misji Wschodniej, musiał je otrzymać w obrządku bizantyjsko-słowiańskim. W tym celu wyjechał do Lwowa. Przybywszy nocą, aby nie wystraszyć domowników przy ul. Dunin-Borkowskich, że dobija się do nich gestapo, mroźną noc spędził na dworze, co przypłacił ciężkim przeziębieniem.

17 października 1943, w kaplicy redemptorystów, z rąk bpa Mikołaja Czarneckiego, otrzymał kapłaństwo. Niespełna pół roku po święceniach, kontynuując jeszcze studia  teologiczne, w dniach   9-23 marca 1944, w farze rzeszowskiej poprowadził pierwsze misje ludowe. Odtąd praca misjonarza stała się głównym nurtem jego działalności. Aby zdobyć misjonarskie ostrogi, trzeba było najpierw odbyć sprawdzian przed dyrektorem misjonarzy, którym był wówczas ks. Alojzy Chrobak. 2 maja 1946 pojechali razem do Niekłani, w diecezji sandomierskiej, gdzie miała zapaść decyzja o jego przyjęciu do grupy misjonarzy. Z wrażenia na pierwszej mszy św., zamiast Kiedy ranne wstają zorze, zaintonował Wszystkie nasze dzienne sprawy, następnie, gdy wszedł na ambonę, w oratorskim ferworze tak uderzył pięścią w pulpit ambony, że zabytkowy, drewniany anioł sfrunął na dół między wystraszonych ludzi, a z lampy nad amboną posypało się szkło.
                Praca misjonarza ludowego była wyjątkowo trudną posługą kapłańską. Pociągi były wówczas zawsze przepełnione i czasami przez kilka godzin musiało się stać na korytarzu. W pewnym punkcie należało przesiadać się do autobusu, na który w soboty czekał zawsze tłum ludzi brutalnie usiłujących wejść do wnętrza pojazdu. Na miejscu zastawało się różne warunki mieszkaniowe. Bywało, że na nocleg otrzymywał misjonarz pomieszczenie, w którym gospodyni hodowała kury, latem – duszne poddasze, pełne karaluchów lub innego robactwa. Kiedy indziej trzeba było mieszkać w pokoju z dymiącym piecem, przy temperaturze 3⁰ C. Marzło się nie tylko w kościele, ale również na plebanii. Jeżeli proboszcz nie postarał się o spowiedników, misjonarz musiał nie tylko głosić słowo Boże, ale w każdej wolnej chwili, w dzień i w nocy, siedzieć w konfesjonale.
                Gorsze od warunków bytowych były konflikty wewnętrzne w parafii. Zdarzało się, że zaraz na początku powstawał spór o program: niektórzy księża nie chcieli, aby mówić o sprawach wiecznych, uważając, że to staroświeckie. Poza tym zastawało się czasami wojnę między proboszczem a wikarym. Parafia była wtedy podzielona. Misjonarz nie zawsze mógł zaraz na początku rozładować napięcie. W Starym Targu grożono ks. Narelowi wywiezieniem na taczkach, w Rokitach – pobiciem.
                Resztę dopełniali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. W Przasnyszu, w 1950, gdy odbywały się okolicznościowe rekolekcje z okazji jubileuszu narodzin św. Stanisława Kostki, i na godzinę 8,00 ogłoszono mszę św. z Komunią św. generalną dla młodzieży, kierownik szkoły zarządził obowiązkową zbiórkę na pracę społeczną, na godzinę 7,30. Trzeba było przesunąć uroczystość na godzinę 6,00.
                Do stałej praktyki należało zabranianie młodzieży wychodzenia z internatu w dniach trwania rekolekcji. W okresie misji organizowano też atrakcyjne imprezy. Gdy kiedyś w Dembem k/Kalisza, w czasie misji, wskutek nauk ks. Narela, ludzie zbojkotowali urządzoną zabawę, po powrocie do domu Urząd Bezpieczeństwa groził mu sprawą karną, ponieważ naraził gminę na straty materialne, nie rozprzedano bowiem tego, co było przygotowane w bufecie.
                W czerwcu 1963 r. w parafii Mechowo, k/Kamienia Pomorskiego, we wsi oddalonej o 3 km od kościoła, miejscowy cieśla sporządził potężny, dębowy krzyż misyjny. Wieczorem, w przededniu zakończenia misji, miano przewieźć go na cmentarz przykościelny. Tymczasem miejscowi decydenci partyjni nakazali zamknąć krzyż w stodole rzemieślnika, i zabronili go wydać. W niedzielę, gdy wieść o tym fakcie rozeszła się po parafii, zebrało się ok. 500 mężczyzn, którzy poszli gromadnie, wyłamali wrota od stodoły i na własnych ramionach ponieśli krzyż w czasie sumy.
                W rachunek ryzyka należało wpisywać nie tylko szykany ubeckie, ale również przykrości ze strony zastraszonych współbraci, którzy po powrocie z morderczej wyprawy wypominali, że swoją postawą ks. Narel naraża Zakon.
                Praca misjonarska to nie tylko ucisk i strapienie. Ciężka bywała orka na ugorze, ale trud     wynagradzało żniwo, którym było zakończenie misji. Zaczynało się pracę częstokroć przy pustawym kościele, a na poświęcenie krzyża misyjnego przybywała rzesza ludzi, którym kilku kapłanów przez pół godziny albo trzy kwadranse udzielało Komunii świętej.
                W 1986 r., w czasie poobiedniej pogawędki na plebanii we Wrzelowcu wyznał mi ks. Narel, że początkowo miał tendencję do mówienia długich kazań, dopiero trwająca cztery godziny akademia, jaką urządzili nowicjusze z okazji jego ostatnich ślubów, stała się okazją do refleksji, że kazania trzeba skracać. Postawił mi wówczas pytanie, czy nie powinien już wycofać się z pracy misjonarza. Sprawa była delikatna: powiedzenie siedemdziesięciosiedmioletniemu człowiekowi, iż czas jego  się skończył, nie należało do wdzięcznych zadań. Moją uwagę o niezręcznych sytuacjach powstających z powodu jego głuchoty, przyjął bardzo spokojnie. Oświadczył, że pojedzie jeszcze na prace, jakich się podjął, a nowych już przyjmować nie będzie. W kwietniu 1987 r., w Rypinie, wygłosił ostatnie nauki misyjne. Była to tysiąc sto szesnasta jego wyprawa rekolekcyjno-misyjna.
                Mówiąc mu przykrą prawdę, nie straciłem jego zaufania. Dowodem był list skierowany do mnie 30 maja 1989 z Gdańska:
„ Drogi i kochany Ojcze Felicjanie! 
Mam do Ojca bardzo, a bardzo serdeczną prośbę. Pragnę i proszę, aby Ojciec był łaskaw oddać mi ostatnią posługę w mowie pogrzebowej. Gotuję się już do odejścia. Mam skończone osiemdziesiąt lat... Do Ojca zwracam się o słowo pogrzebowe, bo nas sporo razem łączyło w tych prawie czterdziestu latach znajomości, a bez żadnego zgrzytu szereg razy prowadziliśmy misje św. Powołując się na naszą długą znajomość oraz znając dobroć serca  Kochanego Ojca, ufam, że Ojciec nie wzgardzi moją prośbą. Wierząc też w Świętych Obcowanie, mam nadzieję, że chyba się czymś odwdzięczę. Serdecznie pozdrawiam Drogiego Ojca i proszę o modlitwy.
Niecny sługa w Chrystusie, ks. Antoni Narel TJ.”
                Można by sądzić, że człowiek  tak wielkiej pracy musiał mieć zdrowie jak tur. Tymczasem dokuczały mu różne niedomagania: serce, nadciśnienie, a w latach 1965-69 przeszedł nawet trzy operacje, po których rany nie chciały się goić. Mimo złego stanu zdrowia nie oszczędzał się. Prowadził spartański tryb życia. Gdy przyszła grypa, wieczorem brał aspirynę, a w dzień szedł na ambonę. Nie pamiętam nazwy parafii, w której ten fakt miał miejsce: w okresie ciężkiej zimy spaliśmy w jednym niewielkim pomieszczeniu na poddaszu. Ksiądz Antoni dostał wysokiej gorączki. Następnego dnia chciałem wziąć wszystkie nauki misyjne, przynajmniej przedpołudniowe. Nie przystał na moją propozycję. Położył się na podłoże, aby nie przepocić pościeli. Przykryty kożuchem przeleżał noc , rano umył się w lodowatej wodzie, i poszedł na ambonę.
                Jeszcze w czasie studiów w Starej Wsi podejmował w okolicy liczne prace kaznodziejskie, co owocowało darami w naturze. Korzystając z ofiarności wiernych, równocześnie z działalnością rekolekcyjno-misyjną podjął akcję charytatywną. Za zgodą rektora, ks. Bogusława Waczyńskiego, z tego, co przywiózł, wspomagał rodziny wysiedlone przez Niemców z Poznańskiego. To był początek jego działalności charytatywnej.
                Będąc w Toruniu, wspierał ponad dwieście rodzin. Wrażliwy na każdą biedę, koło nikogo nie przeszedł obojętnie. Gdy na ulicy zobaczył obdartego chłopca, natychmiast w pobliskim sklepie kupił mu ubranko. Dzięki ofiarnej pomocy pewnej krawcowej, która podjęła się szycia bezpłatnie, biedniejszych ministrantów wyposażył w nowe koszule. Będącemu dopiero na dorobku organiście kupił garnitur, aby na chórze dobrze się prezentował.
                W pociągu z Łodzi do Warszawy spotkał obdartą rodzinę jadącą za chlebem na Mazury. Oddał im wszystkie pieniądze, a ponadto zapasową bieliznę, którą wiózł ze sobą.
                Rokrocznie zabierał grupę chłopców na wakacje do Zakopanego. Nie był on „młodzieżowcem profesjonalistą”. Był tylko człowiekiem, który interesował się drugimi. Gdy wracał z misyjnych wypraw, ministranci chętnie pukali do jego pokoju, by z nim być, by móc porozmawiać o własnych sprawach, posłuchać misyjnych opowieści, czuć się zaakceptowanymi i autentycznie kochanymi.
                Na tej bazie krzewił powołania kapłańskie. Chlubił się tym. Założone przez niego w Toruniu koło powołań kapłańskich i zakonnych liczyło czterdziestu chłopców, z których trzynastu wyprawił do nowicjatu w Kaliszu, a ośmiu zawiózł statkiem do małego seminarium w Gdańsku. W sumie przez wszystkie lata swego kapłaństwa skierował do nowicjatu czterdziestu jeden kandydatów. Niestety były to powołania nietrwałe i tylko sześciu z nic h doszło do kapłaństwa.
                Należy jeszcze podkreślić rozmodlenie ks. Narela. Różańca nie wypuszczał z rąk. Gdy przyjeżdżał do Gdańska, codziennie przychodził modlić się pod pomnikiem „Solidarności”, chociaż w czasie stanu wojennego zdarzało się, że jego obecność tam kończyła się wywiezieniem przez Milicję do komisariatu, i to nie zawsze najbliższego. W dniu sześćdziesięciolecia swoich urodzin odmówił aż sześćdziesiąt cząstek różańca.
                Jesień swojego życia spędził w domu nowicjackim w Gdyni. Cieszył go każdy drobiazg, a najbardziej widok nowicjuszy,.
Felicjan Paluszkiewicz SJ, Przyszli służyć,
Papieski Instytut Studiów Kościelnych, Rzym 2005, s. 281, str. 152
                   

   
Fotografia Papieża, bł. Jana Pawła II 
z Jego osobistym błogosławieństwem