O. ANTONI NAREL TJ
1909 - 1996

Spotkania z o. Antonim

          I  Spotkanie – Kalisz, 15 i 16 czerwca 1991 r.      

                               Tekst powitania Gościa przez Hieronima Tronickiego  „Wielebny Ojcze, Wielki nasz Przyjacielu i Dobroczyńco, Czcigodny Solenizancie!

          Z wielką radością i rozrzewnieniem witam Cię w naszych niskich progach.

        Witam Cię wśród mieszkańców naszgo prastarego grodu i tych wszystkic, którzy zechcieli przyjechać do miasta dawnego kolegium jezuickiego, miasta, które żyje dzisiejszym, nieco gorszym od spodziewanego, dniem powszednim.

             Ojcze Antoni!, zawsze młody nasz Przewodniku! Twoi wychowankowie dojrzeli już do tego, żeby wrócić we wspomnieniach do dawnych wspólnie spędzonych, jakże miłych chwil. Dojrzeli, bo ich synom wyrosły wąsy, lecz także rosną już im synowie, którym będą mogli opowiadać o tych odległych, a jednocześnie ponownie przeżytych, dzięki naszemu spotkaniu, tak bliskich sercu czasach.

                Najlepiej potrafią to oddać słowa tego, który ze względu na odległość nie bierze udziału w naszym spotkaniu, a przekazał te słowa z Kanady, z miejscowości Bridgevater:

Drogi Wujciu, Drogi nasz Przewodniku nie tylko po tatrzańskich ścieżkach!

Mimo odległości kilku tysięcy kilometrów, duchowo jestem na tym bardzo szlachetnym spotkaniu dawnych ministrantów ze swoim        Pasterzem. Mimo      innej odległości, tym razem czasowej, ponad 20 lat od naszej ostatniej Komunii Św. na Górce, od naszej ostatniej wycieczki na Halę Gąsienicową, Świnicę i Kozie Wierchy, od naszych ostatnich lodów z lodziarni na Kościeliskiej – wydaje mi się,     jakby to wszystko było wczoraj. I tak jest chyba zawsze z       rzeczami, które mają dla człowieka największe wartości. O nich się nigdy nie    zapomina, do nich się zawsze wraca myślami, czuje się, jakby zdarzyły się one w niedalekiej przeszłości. Taki właśnie wymiar miały dla nas wakacje spędzane razem z Wujciem, a to tylko dzięki Wujcia ofiarności i poświęceniu, zaangażowaniu.

                Za to wszystko jeszcze raz serdeczne BÓG ZAPŁAĆ!

 Marek Tuchendler z rodziną        Bridgevater, 23.05.1991 r.”

Drogi nasze rozeszły się, czasami nawet mijały. Ty, Ojcze ponownie je łączysz i właściwie kierujesz. Nie wszyscy stawili się na nasze spotkanie. Jednym nie pozwoliła, jak Markowi, zbyt duża przestrzeń, drugim obowiązki zawodowe lub sprawy rodzinne, a innym to, że Pan Nasz wezwał ich wcześniej do siebie. Już podczas organizowania tej naszej wspólnej uroczystości odszedł śp. Zdzisław „Lutek” Krysiak, nieco wcześniej śp. Mirosław Wolski, a dość dawno temu śp. Andrzej Jerczak. O Nich i tych, których nie wymieniłem, którzy odeszli od nas „w kraj daleki”, wspomnimy dzisiaj podczas Mszy Św., i za spokój Ich dusz będziemy się modlili.

                O błogosławieństwo dla Ciebie Ojcze, dla nas żyjących i dla naszych rodzin będziemy prosili Pana Naszego Jezusa Chrystusa podczas Najświętszej Ofiary w dniu jutrzejszym.

                Laudetur Jesus Christus!”          

                


 
 


I spotkanie 1991


                                                                                      I spotkanie 1991



I spotkanie 1991



                                                                              II spotkanie 1993

 

                                                                             II spotkanie 1993

 
 

II spotkanie 1993


                                                                        III spotkanie 1994


                                                                               IV spotkanie 1995


                                                                                  IV spotkanie 1995


                                                                                  IV spotkanie 1995



Spotkanie w Gdyni z okazji Jubileuszu 50. lecia kapłaństwa
o. Antoniego Narela , 16-18.10.1993 r.


Fragment homilii o. Lecha Rynkiewicza TJ
z Radia Watykańskiego


... Gromadzimy się dziś na tej Eucharystii w 50-lecie święceń kapłańskich O. Antoniego Narela, by dziękować Panu Bogu, parafrazując słowa św. Pawła z dzisiejszego drugiego czytania, za dzieło wiary O. Antoniego, za trud miłości i wytrwałą nadzieję w Panu naszym Jezusie Chrystusie. Dziękujemy Panu Bogu, bo wszelkie dobro od Niego pochodzi. Uwielbiamy Go, bo uczynił wielkie rzeczy w słabym człowieku,   a   słabi   wszyscy  jesteśmy. Dziękujemy -za-50-lat kapłańskiej służby innym, tak jak dziękuje się też za 50 lat wierności małżeńskiej, ofiarnej, dającej i służącej życiu.  W życiu O. Antoniego są specjalne motywy do tej wdzięczności. Określić je można jednym zdaniem: wdzięczność za miłość, troskę o drugiego człowieka, o jego dobro duchowe i materialne. Doświadczyły tego dziesiątki tysięcy osób. Wielu świadków jest obecnych dziś w tej świątyni. Świadkowie 1116 rekolekcyjnych prac misyjnych, dziesiątków tysięcy godzin spędzonych w obleganym konfesjonale, ubogie rodziny, sieroty, studiująca młodzież, wszyscy, którzy otrzymywali materialną pomoc. Wiele tajemnic znanych tylko im samym i Panu Bogu. Każdy mógłby świadczyć cząstką swego życia.
Osobiście znam O. Antoniego od 40 lat. Byłem w gronie ministrantów, którzy wyjeżdżali z nim na letnie obozy w górach w czasach, gdy jeszcze były one rzadkością. O. Antoni poświęcał na nie swoje wakacje. Był wtedy księdzem, robił zakupy na targu, a w pierwszych heroicznych czasach, był także kucharzem. Dodatkowo musiał krzyżować szyki milicji, która tropiła takich jak on wywrotowców. O. Antoni nie był „młodzieżowcem", jak byśmy powiedzieli „z metodą". Był po prostu człowiekiem, który interesował się drugimi. Jak chętnie chodziło się do jego pokoju, gdy wracał z misyjnych wypraw, by z nim być, by móc porozmawiać o własnych sprawach, posłuchać misyjnych opowieści, czuć się zaakceptowanym, autentycznie kochanym. Dla wielu z nas był pierwszym znakiem, że Bóg kocha każdego człowieka. Te słowa nie są panegirykiem ku czci O. Antoniego. Są dziękczynną litanią ku Panu Bogu za dobro, którego doświadczyliśmy i doświadczamy nadal przez obecność O. Narela, chociaż przyszła już jesień życia, cierpienia fizyczne i odizolowanie spowodowane utratą słuchu. Może to dobro nie jest tak ewindentne, moze zmniejszył sie krąg jego odbiorców. Tym dobrem jest budujące, umacniające świadectwo pokoju, pogodzenia się z własną historią, stałe zaufanie do tego, co czyni Pan Bóg,
            Dziękujemy Panu Bogu, Ojcze Antoni, za to wszystko; za to, że byłeś i jesteś. Życzymy CI byś w tym czasie, który CI Pan Bóg jeszcze zostawił, czuł się użyteczny Kościołowi swym cierpieniem i modlitwą, tak jak byłeś kiedyś użyteczny intensywną pracą apostolską, by nie opuszczała Cię wdzięczność ludzkich serc, rzecz może nie najistotniejsza, ale zawsze pomocna ...



 

 

 

Wyjazdy o. Antoniego z ministrantami
 Ojciec Antoni Narel, pseudonimy: „Pan kierownik” i „Wujcio” – od początku lat 50. XX wieku organizował 2 – 3 tygodniowe kolonie letnie dla ministrantów w Tatrach. Przez szereg lat z taternikami tymi obecni byli także: kaliszanin o. Andrzej Spławski TJ, i brat Stefan Lisewski TJ, pseudonim „Szwagierek”.
                        1953 r. – Zakopane
                        1954 r. – Zakopane
                        1956 r. – Zakopane – 22 ministrantów
                        1957 r. – Zakopane
                        1958 r. – Zakopane – 22 ministrantów, w tym 6 z Łodzi
                        1959 r. – Zakopane – 12 ministrantów, w tym 4 akademików
                        1967 r. – Zakopane
                        1968 r. – O. Antoni w Świętej Lipce – koronacja obrazu Matki                                         Bożej
                        1969 r. – Zakopane – 17 ministrantów

                ( z notatek śp. dr Bronisława Szczerbińskiego)


                  

               
                                
Fragment wspomnień o. Antoniego Narela
opracowanych przez o. Wojciecha Żmudzińskiego SJ

Wojciech Żmudziński (ur. 23 kwietnia 1961 w Ełku) – duchowny katolicki, jezuita[1], publicysta, autor książek z dziedziny duchowości i edukacji[2]. Od 3 stycznia 2019 roku Socjusz Przełożonego Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego.

Ukończył filozofię na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie (obecnie Akademia Ignatianum), teologię oraz teologię biblijną na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i zarządzanie w oświacie na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku.

 

 


Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

  icerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego w li z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie

Dzisiaj mija 110 lat od urodzin o. Antoniego Narela SJ zmarłego w 1996 roku misjonarza i wychowawcy. Do dzisiaj jego 70-80 letni ministranci spotykają się w Kaliszu w dzień św. Antoniego, by wspominać najpiękniejsze dni z dzieciństwa.  Prowadzą także stronę internetową o swoim najlepszym wychowawcy. Ojciec Antoni Narel SJ urodził się 17 marca 1909 roku i wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Albertynie, jedynego nowicjatu formującego jezuitów w rycie bizantyjskim i przygotowującego przyszłych misjonarzy na wschodnie rubieże Europy. Ojciec Antoni pozostawił po sobie niepublikowane jeszcze wspomnienia, których fragment umieszczamy:

Pierwszy dzień w nowicjacie (rok 1930)

Jesienią 1930 roku, gdy jeszcze się uczyłem, komisja wojskowa uznała mnie za zdolnego do służby wojskowej. Dylemat prawie tragiczny! Kolega z gimnazjum doradził mi, abym skrył się w klasztorze jezuitów w Albertynie, bo oni poszukują chłopców z tych białoruskich stron do misji wschodniej. Albo wojsko… Ale pożegnałem się z nauką, której pragnąłem całą duszą. Mnisze życie mierziło mnie, bo jeszcze przed wstąpieniem do gimnazjum, pod wpływem brata Kazika, potępiałem księży jako wyzyskiwaczy ludu. Wojska nie lubiłem, bo jego bożyszczem był Piłsudski, którego wprzód uwielbiałem, ale potem znienawidziłem, gdy zdradził socjalizm.

Kolega ów podsunął mi myśl, że u jezuitów można zdać maturę, a potem zwiać, jeśli życie zakonne nie będzie odpowiadać. Chwyciłem się tej myśli z pewnym trudem, ale wreszcie wybrałem jezuitów. Jeśli dobrze będzie – zostanę. Jeśli źle – zwieję. Brat oficer radził mi iść do wojska i obiecywał, że postara się wsadzić mnie do szkoły podoficerskiej. Dlaczego zwyciężyła myśl o jezuitach? Nie umiem powiedzieć, bo byłem zdecydowany nawet po wojsku zrobić maturę. A wtedy z maturą można było sobie radzić w życiu. Nie chciało mi się paprać w roli.

W ostatnich dniach października napisałem list do Albertyna. Było w nim trochę chwiejności i obłudy. Musiałem pisać, że chcę służyć Bogu. Po trzech dniach już miałem odpowiedź z żądaniem, abym natychmiast wysłał świadectwo ostatniej klasy i opinię księdza prefekta. Nim namyśliłem się: iść po opinię, czy nie – otrzymałem drugi list z Albertyna z podaną wyprawą do zabrania ze sobą.

Dlaczego tak prędko? Bo wraz z pierwszym listem do mnie, wysłano list do księdza prefekta gimnazjum, a ten wnet dał dobrą o mnie opinię. Byłem zaskoczony i zdziwiony tym pośpiechem. Lecz zaraz z rodzicami ruszyliśmy do Grodna, by zakupić to, co miało być moją wyprawą. Wszystko robiliśmy po cichu, bo u nas, pod wpływem chyba prawosławia, uważano, że iść do zakonu – to wstyd! Tam nic się nie robi, a tylko wiecznie siedzi się za murami na modlitwie – i to na głodnego. Ja sobie mówiłem: Jeślibym i został – bo jeśli mogą tak żyć inni, mogę i ja. Na pewno potrafię. A jezuitów trochę znałem z oczytania, z historii, z ich pracy. Ojciec miał „Żywoty świętych” Skargi. Czytałem o Wujku, Boboli, Beyzymie. A więc jeśli mi się spodoba – wytrwam.

Jednemu tylko wujkowi, bratu matki, powiedzieliśmy, że idę do zakonu. Nazywał się Jan Paszenko i był carskim gwardzistą. Zawyrokował: „Znaczy się, nie jest to sławne. Ale i z zakonu można uciec”.

Zatem 6 listopada 1930 roku wio… do Albertyna. Sąsiadom mówiono, że pojechałem do innej szkoły. O godzinie piętnastej byłem już w Albertynie z całym przepisanym ekwipunkiem. Otworzył mi drzwi (furtę) miły młody brodacz. Był to ksiądz Stanisław Łaski, socjusz Mistrza Nowicjatu. Gdy się przedstawiłem, usłyszałem:
– Aaa… A my już czekaliśmy na pana. Chwycił moje walizy, wniósł na korytarz i postawił przy ścianie. Tutaj toaleta, a tu refektarz. Proszę chwilkę zaczekać.
Znikł za drzwiami refektarza. Dwie nazwy nie bardzo mi znane. Więc stoję. Po niecałej minucie wraca.
– Proszę zdjąć płaszcz i tu powiesić.
Otwiera drzwi na lewo: toaleta.
– Może pan po długiej podróży umyje sobie ręce.
Tam zobaczyłem umywalkę i znane mi już kajutki… Skorzystałem z tego i wychodzę na korytarz. Ojciec Łaski otwiera drzwi refektarza i prosi na obiad. Sam bardzo uprzejmie mi usługiwał. Podczas obiadu, w drzwiach kredensu do zastawy stołowej, ukazał się dość tęgi, siwiuteńki staruszek z lekkim uśmieszkiem. Ukłoniłem się. Ten kiwnął uprzejmie siwą, a raczej białą głową i znikł.
– To nasz przełożony – powiedział ksiądz Łaski.
Bielutka głowa i takoż długa broda zrobiły na mnie wrażenie. Nie wiedziałem, czy to człowiek, czy sam Pan Bóg.

Po obiedzie wychodzimy na korytarz, a waliz już moich nie ma. „Oho!” – pomyślałem – to tu prędko człowieka obrabiają”. Oglądam się, a ksiądz Łaski mówi:
– Niech pan będzie spokojny. Wszystko już na swoim miejscu.
Wchodzimy na drugie piętro. Najpierw do dziwnego pokoiku z tak samo dziwnym ołtarzem.
– To nasza domowa kaplica, a tu Najświętszy Sakrament.
Wtedy i ja zgiąłem kolana. Chwila modlitwy i wyszliśmy. Następnie zapukał do najbliższych drzwi i je otworzył. Wchodzimy do środka.
– Sława Isusu Chrystu – wita nas jakiś młodzian. Ksiądz Laski odpowiada:
– Sława wo wieki.
Dla mnie wszystko to dziwne.
Ksiądz Łaski przedstawia nas:
– Brat Samotowka i pan Narel z Grodna, nowy kandydat. Zaraz przyjdzie brat anioł.
Znów dla mnie zagadka. Tam Pan Bóg, a tu anioł. Całe już niebo. I zaraz po zapukaniu wchodzi do pokoju zwykły młody człowiek o wyglądzie ascetycznym. Pomyślałem: „Temu nie jest chyba tak dobrze. Zapewne musi dużo pościć”. W pokoju dwa łóżka dość schludne, spory stolik, na nim mały pokręcony krzyżyk, dwa krzesełka i jakaś skrzynka. Przywitałem się z nim. On też nas powitał przez „Sława…”

Anioł, a był nim Józef Świderek, powiada:
– Kastlik będzie na dwóch. Chyba nie pobijecie się. Musicie się bracia pogodzić. Pójdźmy na trochę do ogrodu.
Schodzimy na dół. Ogród jest bardzo obszerny. Dużo jeszcze pięknych kwiatów, bo wciąż było ciepło. Anioł objaśnia:
– U nas tytułujemy się braćmi. Pozdrawiamy się tak… zaraz brat Nerel pójdzie do ojca superiora na egzamin. O szóstej wieczorem nabożeństwo, potem kolacja i rekreacja (dla mnie kolejne słowo-dziwoląg). Jutro pobudka o szóstej, modlitwy, Msza czyli liturgia, śniadanie, a resztę omówimy jutro. Proszę czuć się dobrze. Początek może wydawać się dziwny i trudny, ale potem wszystko będzie miłe, no i łatwe.
Zaprowadził mnie do tego siwiutkiego staruszka. Mieszkał tuż obok furty. I znowu „Sława… i wo wieki”. Przywitał mnie bardzo mile i pochwalił, że tak prędko dojechałem, bo za tydzień będzie w klasztorze wielka uroczystość jubileuszowa i chce, żeby wszyscy nowicjusze byli już w sutannach. A miał to być jubileusz 50-lecia jego życia zakonnego.

Rozpoczął się egzamin. Cały czas mówił do mnie na „pan”.
– Czy pan bywał w kościele jezuickim w Grodnie?
– Nie słyszałem o takim.
– A Farny?
– O tak, często zachodziłem tam idąc do szkoły, co Wielkanoc na Rezurekcję, choć my należymy do franciszkanów.
Odpowiadałem szczerze, ale bardzo zaniepokoiło mnie kolejne pytanie:
– Czy poprzednio był już pan w jakimś zakonie?
Z obawą, lecz szczerze odpowiedziałem:
– Niestety nie. Nie miałem tego szczęścia.
Superior uśmiechnął się, ale nie zdradził tajemnicy. Rzecz w tym, czego nie wiedziałem, że byłaby to przeszkoda do wstąpienia. Podobnie odpowiadałem innym egzaminatorom.

Rozległ się dzwonek. Idziemy do kaplicy. Jest niewielka i milutka. Prócz brodatych zakonników było w niej około 20 młodych, a także kilka osób świeckich. Czułem się nieswojo na tym nabożeństwie. Śmieszyło mnie ustawiczne żegnanie się i kiwanie się do przodu i do tyłu. Po nabożeństwie brat Anioł zabrał nas na kolację. Wcale nie była taka nędzna.

Nazajutrz poznawałem dalsze tajemnice wspólnego życia w zakonie. Uczyłem się modlitw w języku starosłowiańskim, co szło mi dość łatwo, gdyż był zbliżony do białoruskiego i miałem szaloną pamięć.

Na zdjęciu: Ojciec Antoni Narel SJ w 1994 roku w Gdyni (archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego).

Wspomnienie: Pierwszy dzień w nowicjacie